Moja przygoda z barwieniem

Od syntetyków do magii roślin

To zaczęło się dawno temu… od małego barwierskiego epizodu, który wtedy wydawał się tylko chwilowym zajęciem.

Pracowałam wtedy w hotelu i naprawdę wierzyłam, że to jest moje powołanie. Codzienny rytm, kontakt z ludźmi, perfekcyjnie pościelone łóżka – czułam się na miejscu. Równolegle jednak pojawiło się coś zupełnie innego – drobna pomoc dla córki mojej ówczesnej szefowej, która tworzyła ręcznie barwione ubrania. Czasem zaglądałam do jej pracowni, pomagałam przy farbowaniu, obserwowałam jak kolor wnika w tkaninę. Wtedy po raz pierwszy dotknęłam tego procesu. Na krótką chwilę stałam się częścią małego, kolorowego świata barwników syntetycznych.

Kiedy tamta firma się rozpadła, ja zostałam w hotelu. Przez kolejnych osiem lat prowadziłam życie, które kiedyś sobie wymarzyłam.

Aż pewnego dnia wszystko się rozpadło.

To był trudny moment. Coś się kończyło, a nowe jeszcze nie przyszło. Zawisłam między jednym a drugim, nie wiedząc, co dalej. I wtedy zadałam sobie jedno pytanie: „Skoro nie hotelarstwo… to co?”

W odpowiedzi – niczym kadr z filmu – pojawiło się wspomnienie z farbowania. Mały, niepozorny epizod, który z jakiegoś powodu nie dawał o sobie zapomnieć. Równolegle, coraz mocniej odkrywałam kobiecość. Uczyłam się siebie na nowo – długie spódnice, sukienki, ręce zanurzone w twórczym procesie. I pojawiła się myśl: a gdyby tak stworzyć własną spódnicę? Taką do ziemi, z pełnego koła, z kieszeniami… i w kolorach jak ze snu?

Nie mogłam jej znaleźć. Więc postanowiłam, że zrobię ją sama.

Na początku barwiłam tak, jak umiałam. Syntetycznie. To było ekscytujące! Barwniki dawały mi ogrom możliwości, mogłam tworzyć dokładnie to, o czym marzyłam. Z czasem pojawiały się coraz bardziej magiczne pomysły, często inspirowane przez Was – moje klientki, które przesyłały zdjęcia zachodów słońca, lasów, nieba o świcie… I wtedy działo się coś wyjątkowego. Siadałam do gara jak do rytuału. Mieszałam kolory, zanurzałam tkaniny i pozwalałam intuicji prowadzić mnie przez cały proces. Każda spódnica była inna. Nawet jeśli powtarzałam ten sam wzór – nigdy nie wychodził identycznie. To było piękne. I nadal jest.

Ale coś zaczęło się zmieniać.

Coraz mocniej czułam, że wołają mnie rośliny. Że w tym wszystkim może być jeszcze więcej – więcej natury, więcej sensu, więcej magii. Zaczęłam marzyć o tym, żeby ożywiać tkaniny energią ziół, liści, szyszek… Wiedziałam, że to możliwe, ale nie wiedziałam jak. I wtedy na mojej drodze pojawiła się Ola z Dzikie Barwy – cudowna nauczycielka, która pomogła mi rozpocząć przygodę z roślinnym barwieniem.

I wtedy wydarzyło się coś nieodwracalnego: zakochałam się.

W roślinie. W zapachu unoszącym się znad gara. W niespodziankach, które wyciągałam z kąpieli barwiących. Zakochałam się w zbieraniu liści na spacerze, w ciszy, w czekaniu, w alchemii. Proces barwienia roślinnego zaczyna się długo przed tym, zanim pojawi się kolor – zaczyna się w relacji z naturą. Każda spódnica to rozmowa z rośliną. To magia, której nie da się porównać z niczym innym.

Z czasem zauważyłam też, że rośliny zaczęły mnie zmieniać. Ich energia była inna. Łagodna, głęboka, prawdziwa. Zaczęłam inaczej patrzeć na to, co mnie otacza. Na to, co noszę, czym się otulam, czym karmię moje ciało. Ubrania barwione roślinami miały inną jakość. Głębszą. Można ją poczuć – a kiedy się ją poczuje, trudno wrócić do czegokolwiek innego.

I tak, po wielu miesiącach tworzenia jednocześnie syntetycznie i roślinnie… podjęłam decyzję:

Zrezygnowałam z barwników syntetycznych.

Nie potrafiłam już dłużej tego łączyć.

Zostałam z roślinami – całym sercem i na dobre.

To one są moją drogą, moją inspiracją i moim językiem. Przez nie tworzę, opowiadam, dotykam tego, co prawdziwe. I choć bywa trudniej, wolniej, mniej przewidywalnie – wiem, że to jest dokładnie moje miejsce.

1 komentarz do “Moja przygoda z barwieniem”

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry